Rozdział 6
*Bonnie*
Wędrowaliśmy już ponad dwa tygodnie w poszukiwaniu przyjaciół, na daremno.
Mam dość ciągłej drogi, spania w lesie, chcę znalezć resztę, ale nie mam na to sił.
Ostatnio
zaczyna mi się wydawać, że jednak jesteśmy coraz bliżej ich, ale kiedy
dochodzimy do miejsca w którym myślałam, że będą, a ich nie ma, moja
nadzieja maleje.
Czasem myślę, że oni też nas szukają i to takie błędne koło, ale potem przychodzi mi myśl, że ich może już nie być.
Wszyscy
już wstali i poszli do lasu, oprócz mnie i Jeremiego który rozpalał
ognisko. Leżałam odwrócona na bok, teraz nie miałam ochoty z nikim
rozmawiać.
Nie wiedziałam nawet kiedy, minęła godzina. Caroline podeszła do mnie i spytała:
- Coś nie tak ?
- Wszystko okej - uśmiechnęłam się i wstałam.
Postanowiłam
nie tracić czasu i przywracać magię,w razie gdyby Oni mieli ochotę
wrócić. Wzięłam liść, wode, kamień i martwą roślinkę.
Zaczęłam od
listka, uniosłam rękę wypowiedziałam zaklęcie parę razy i aż w końcu się
udało i liść spłonął. Po godzinie udało mi się wszystko, poruszałam
wodą, skruszyłam kamień. Wsadziłam nawet martwą roślinę do ziemi, a ta
ożyła ponownie. Uśmiechnęłam się do siebie i pogratulowałam sobie w
głowie. Jeremy podszedł do mnie, pocałował i usiadł obok.
W milczeniu patrzyliśmy na chmury. Jednak Jer szybko przerwał tę ciszę:
- Bonne? - zapytał niepewnie.
-Tak?
- Wiem że to nie koniecznie romantyczne, że możesz powiedzieć nie, ale...
- Jeremy o czym ty mówisz ? - przerwałam mu.
-
Myślałem o tym całą noc, naprawdę. Chodzi o to, że kocham Cię, tylko
Ciebie jesteś moim światem myślę że to wiesz, że liczysz się tylko ty.
Tak wiem robiłem błędy i ...
- Jeremy, o co chodzi? - w odpowiedzi wsunął mi na palec pierścionek.
- Jer...ja...nie mogę. I nie sądzisz że to za szybko?
- Nie. Jeśli nie teraz to kiedy?
To dobrze pytanie...wstałem przytuliłam go, chyba myślał, że przez to chcę powiedzieć nie, ale tak nie było:
- Tak. - odpowiedział, a on rozpromienił się.
Ucałował mnie, objął ramieniem i oglądaliśmy chmury, jakby nic się nie stało.
Zaśmiałam się, po czym on zrobił to samo, jednak ta radość nie trwała za długo.
W krzakach coś się poruszyło, chwila, nie coś,a ktoś. Strażnik! Od razu podskoczyłam na równe nogi.
- No proszę, znowu wy!
Teraz nie chciał już rozmawiać, w ręce trzymał pistolet, ale nie taki zwyczajny.
Z
takie samego, często celowano do mnie i nie tylko do mnie. Inne
czarownice i wampiry zginęły po jednej kuli, niekoniecznie wycelowanej w
serce. Nie wiedziałam czym on jest nabity, ale trzeba się tego
wystrzegać.
- Najpierw blondyneczka.
Uniósł pistolet i
wycelował w głowę Caroline, odruchowo chciałam do niej podbiec, wole
żebym była to ja. Dopiero w tej chwili zobaczyłam, że za wrogiem stoi
niska szatynka, czarownica, która nie pozwalała nam się ruszyć. Strażnik
zaśmiał się. Wtedy wystrzelił. Zamknęłam oczy, ale nie usłyszałam
krzyku. Szybko otworzyłam je, żeby zobaczyć co się dzieje.
Obok trzęsącej się Caroline stał Klaus! Na jego twarzy malowała się złość i gdyby tylko umiał zabił by faceta wzrokiem.
-
Wiesz celowałeś... ha! strzeliłeś do kogoś dla mnie ważnego wiesz? -
chwycił rękę Car, jakby chciał jej przypomnieć że wszystko będzie
dobrze, bo jest obok.
- I wiesz, ona się ciebie boi, ale nie ja. -
podszedł do strażnika, choć ja dalej nie mogłam się ruszyć. - Kocham tę
blondynkę!
Jednym ruchem skręcił facetowi kark, a czarownica
zniknęła.
Poczułam czyjąś rękę na ramionach. Jeremy. Odwróciłam
się i przytuliłam go tak mocno jak tylko mogłam, a on powiedział tak
cicho że tylko ja mogłam usłyszeć:
- To mogłaś być ty, a ja nie, nie umiałbym Ci pomóc.
- Ale to nie byłam ja.
Uśmiechnął się, nie szczerze, ale jednak i oboje patrzeliśmy na Klaus i Caroline.


Świetnie piszesz jak czytam to aż mi ciarki przechodzą czekam na kolejny rozdział ♥
OdpowiedzUsuńKlaroline <3 jak zwykle świetny rozdział. Weny ;)
OdpowiedzUsuńpodoba mi się, bardzo dobrze piszesz:) powodzenia w pisaniu kolejnego rozdziału! x
OdpowiedzUsuń